aktualności

Katarzyna Leżeńska: widzowie „kupili” ten świat

Katarzyna Leżeńska (fot. archiwum prywatne)

– Muszę przyznać, że z Anetą Głowską jesteśmy olśnione współpracą z Joanną Kulig. Jest to aktorka, która przygotowuje się i analizuje, a jeżeli nie rozumie i ma inne zdanie to dzwoni. Dyskutuje. Nie mówi, że wie lepiej. Nie mówi, że tego nie zagra – mówi Katarzyna Leżeńska, współautorka scenariusza serialu „O mnie się nie martw.

Serial „O mnie się nie martw” spodobał się widzom, ale wcale nie było pewności, że tak się stanie. Co Pani zdaniem zadecydowało o jego powodzeniu?

– Myślę, że na poziomie scenariusza udało nam się połączyć dobry obyczaj z dobrą komedią i wyważyć to we właściwych proporcjach i konsekwentnie przełamywać nastroje – nie popadać w żałobę, ale też i nie w groteskę. Na poziomie ekipy, myślę, że aktorzy zaangażowani do ról naszych bohaterów to w zasadzie same strzały w dziesiątkę. Zwykle po pierwszym sezonie można już powiedzieć, którzy bohaterowie – jak to się mówi – „ciągną”, które wątki interesują widzów. I tu już wiemy, że widzowie „kupili” ten świat – „kupili” go w całości ze wszystkimi bohaterami, co nas strasznie cieszy, bo starałyśmy się pisać, a aktorzy grać wszystkie postaci tak by były niejednoznaczne, wielowymiarowe. Nie miały to być jakieś chodzące tezy, ani też kukiełki, tylko ludzie ze swoimi błędami, którzy mogą czasami irytować i denerwować, a czasami wzruszać. Myślę, że to się udało. A trzecia rzecz to – nie wiem jak często zdarza na planie serialu, ale nam się zdarzyło – jakiś rodzaj ogólnego porozumienia wszystkich w tej sprawie. My nie musimy prowadzić długich narad i długich bojów, ponieważ na każdym poziomie realizacji ludzie zaangażowani w ten projekt rozumieją się nawzajem i rozumieją ten świat. A ponieważ się rozumiemy, to się nawzajem obdarzamy zaufaniem. Ja wiem, że reżyser rozumie co napisałam i jest w stanie tak rozmawiać z aktorami, żeby oni po pierwsze rozumieli, a po drugie byli w stanie dołożyć coś od siebie i żeby to było w tym samym duchu.

A które kreacje aktorskie były dla Pani najbardziej zaskakujące?

– Najbardziej zaskakujące są nieoczekiwane połączenia. Można powiedzieć, że spotkało się tutaj wielu uznanych aktorów i aktorek, ale jest też grono debiutantów, którzy jednak wygrali bardzo trudne castingi. To połączenie mogło wypaść różnie. Tymczasem tutaj widać było, jak doświadczeni aktorzy wchodzą w ten świat i budują go na swoich warunkach, a młodzi aktorzy podążają za nimi, czasami biegną, czasami z wysiłkiem nadążają, ale dają radę. Potrafią wnieść w ten świat swój własny ton. Takim przykładem nieoczekiwanego, nawet dla nas, tonu była postać Aśki Zarzyckiej, którą stworzyła Aleksandra Domańska. Aktorka nam, scenarzystkom, pomogła doprecyzować tę Aśkę jako osobę. Nie mówię tu o petardzie, jaką jest Paweł Domagała…

No właśnie. Koledzy z planu zazdroszczą mu jego roli…

– Tak. I prawie wszyscy chcą mieć sceny z Krzyśkiem. Pewnie dlatego, że to dla każdego aktora ogromne wyzwanie zmierzyć się z kimś, kto – przy całej swojej żywiołowości i pozornej nieprzewidywalności – jest jednak bardzo dobrym i zdyscyplinowanym aktorem. Ja osobiście jestem nim zachwycona. Główni bohaterowie to filary serialu i gdyby oni się nie sprawdzili, to nic by z tego nie było. Stanęli na wysokości zadania. W przypadku Joanna Kulig od pierwszego klapsa widać było jej profesjonalizm. Stefan Pawłowski rozkręcał się na naszych oczach z odcinka na odcinek. Z aktora lekko wystraszonego sytuacją wyszedł na tę pierwszą linię strzału i rozwinął się nadzwyczajnie.I Stefan gra rolę daleko odbiegającą od tego, jakim jest na co dzień…

– Tak, z całą pewnością nie gra siebie, a granie siebie znacząco ułatwia życie w serialowym świecie.
 
Rozmawiałem z Joanną Kulig i powiedziała mi, że pojawiła się Pani na planie w celu przekonsultowania jednej ze scen. O co chodziło?

– O kluczową w połowie sezonu scenę pierwszego pocałunku Igi i Marcina na ławce. Joanna Kulig jest aktorką z niezwykłym instynktem emocjonalnym i wyczuła, że w sposobie zapisania tej sceny jest coś, co ją hamuje w dojściu do tego finałowego pocałunku. Podobny problem miał Stefan Pawłowski. Mieli rację. Myśmy tę scenę na planie przewrócili do góry nogami. Napisaliśmy ją niejako „od końca” i została zagrana zupełnie inaczej niż pierwotnie zapisana. Muszę przyznać, że z Anetą Głowską jesteśmy olśnione współpracą z Joanną Kulig, ponieważ jest to aktor, który przygotowuje się i analizuje, a jeżeli nie rozumie i ma inne zdanie to dzwoni. Dyskutuje. Nie mówi, że wie lepiej. Nie mówi, że to jest bzdura i tego nie zagra. Nawet jeżeli z czymś się nie zgadza to się pyta, dlaczego to tak zostało napisane. To jest niezwykle cenne.

Wydaje się, że trafionym wyborem był tytuł serialu oraz uczynienie motywem przewodnim piosenki Katarzyny Sobczyk „O mnie się nie martw” w wykonaniu Margaret. Margaret włączyła piosenkę do swojego repertuaru, a widzowie telewizyjnej Dwójki mogli ją usłyszeć podczas imprezy sylwestrowej we Wrocławiu…

– To jest świetne, że ta piosenka przeżywa drugie życie i… sto lat!

Scenarzysta może przewidywać, że serial nie skończy się na jednym sezonie. Co się robi, żeby to się udało?

– Po pierwsze, od początku kroi się świat z takim oddechem, żeby mieć pewność, że wystarczy materiału, energii i bohaterów – ich energii na pociągnięcie historii. Po drugie, nie można zamykać w sposób jednoznaczny wątków, bo bardzo trudno jest je emocjonalnie podkręcić po tym, jak już raz się je wygasiło. Po trzecie – i to jest dobrze zrobić na początku – trzeba tak wzajemnie poustawiać bohaterów, żeby z samych ich zderzeń wynikały nowe historie, żeby w jakimś sensie same się pisały, żeby kontynuacja serialu to nie był sam trud wymyślania tylko mniej lub bardziej naturalna konsekwencja tych spotkań, które już w tym serialu nastąpiły.
A czy trudniej pisze się pierwszy sezon, czy może kontynuację, bo może wyczerpały się pomysły?

– Jest trudniej, bo w momencie kiedy wykreowany świat trafił do widza, kiedy znamy już wszystkich bohaterów, zawsze pojawia się pokusa tego, co my nazywamy „telenowelowością”. To takie łagodne  i często początkowo dla widza niezauważalne przejście z dynamiki serialu w powolną narracyjną opowieść, w której w każdym domu dzieją się jakieś historie i my tymi historiami staramy się zainteresować widza, plotąc taki długi warkocz – u tych to, u ty to, a u tych – wyobraźcie sobie Państwo – to…

Z tym mamy do czynienia w tzw. serialach codziennych…

– Tak. Natomiast tutaj jest coś takiego jak format serialowy, który jasno określa o czym jest ten serial, kto jest głównym bohaterem i z jakich elementów składa się każdy odcinek. Trudność polega też na tym, żeby uniknąć pokusy opowiadania o wszystkich naraz, zachować historię bohaterów głównych jako historię główną, cały czas czynić ją atrakcyjną, a równocześnie drobnymi kroczkami posuwać wątki poboczne. Pamiętać trzeba cały czas, że jest to serial o zderzeniu dwóch światów. Wprawdzie one się zaplatają na różne przedziwne i prześmieszne sposoby, co wynika z temperamentu bohaterów, ale to są nadal dwa światy. I to jest podstawowe założenie przy pisaniu każdego odcinka.

A co może Pani ujawnić, co się będzie działo z tymi zaplecionymi dwoma światami w tym drugim sezonie. Wiemy, że jest nowa siedziba kancelarii…

– Tak, kancelaria się przenosi, ale wraz z nią przenoszą się wszyscy jej pracownicy. Iga nadal sprząta w tej kancelarii. Dodam, że o ile w pierwszej serii to Iga i jej świat przychodził ze swoimi problemami do kancelarii i do świata Marcina, o tyle teraz świat, w którym funkcjonuje Marcin też generuje jakieś problemy, w których bohaterowie ze świata Igi też  mogą pomóc. Druga zmiana to taka, że ponieważ – tak jak powiedziałam – te światy bardzo się do siebie zbliżyły, to zaczynają się zahaczać w sposób nieoczywisty. Na przykład Krzysztof Małecki zaczyna się uważać za kumpla Marcina Kaszuby. Wynika z tego szereg zabawnych zdarzeń.

A nawet ja wiem, że na jakiś czas razem zamieszkają. Spodziewam się, że jeśli nowy sezon to i nowe postacie. Wiem, że pojawi się pierwszy partner Igi…


– Tak, ojciec Helenki. Pojawi się też postać, którą można nazwać bohaterem ukrytym, bo jest to mieszkanka kamienicy Igi. Można założyć, że gdzieś tam była w pierwszym sezonie, ale jej nie widzieliśmy. Będzie też duża niespodzianka. Nowe postaci mocno zamieszają w tym kotle.
 
Nawet się nie pytam, czy są przygotowania do trzeciego sezonu, bo zakładam, że są. Pewnie marzeniem scenarzysty jest opowiadanie o swoich bohaterach przez wiele sezonów, np. jak w przypadku „Rancza”, czy „Ojca Mateusza”…

– Myślę, że scenarzysta, która ma już doświadczenie pisania wieloodcinkowych seriali, wie jaki potencjał ma ten wykreowany świat. Jeśli chodzi o bohaterów serialu „O mnie się nie martw” to ja jestem spokojna – mogą jeszcze daleko zajechać w kierunku, który pozornie łatwo przewidzieć, ale droga do niego wcale nie jest taka prosta.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz

Autor: --

Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Ta witryna wykorzystuje pliki cookies do przechowywania informacji na Twoim komputerze. Pliki cookies stosujemy w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. W każdym momencie możesz dokonać zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.
Akceptuję pliki cookies z tej strony